We are from Poland
 
anisko.net 
 
 
 Lena 2003 - strona główna
 
 
Kajakowa wyprawa przez syberyjską rzeke Lene.    
 
 
 
 
 
  Lena 2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko
 
 

strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 


pobierz pamiętnik

LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko

 

- strona 1 -

 
 
3/4 VI 2003 r.
 
        Znowu kolejna wyprawa. Tym razem już trzecie podejście do spływu kajakowego, jednej z najdłuższych rzek świata syberyjskiej rzeki Leny (ok. 4400 km). Mam nadzieję, że tym razem udane, bo jak mówi przysłowie: „Do trzech razy sztuka”.
        Pierwsze moje podejście było w roku 2001 i zakończyło się fiaskiem z wielu powodów, jak np. katastrofalna powódź na Lenie, wewnętrzne kłopoty niektórych członków wyprawy itp. Wyruszyliśmy więc kajakami celem opłynięcia Półwyspu Krymskiego . Niestety po paru dniach zostaliśmy aresztowani pod zarzutem nielegalnego przebywanie na wodach terytorialnych Ukrainy itp. zarzutach. Wygnani z granic ukraińskich pojechaliśmy nad jezioro Bajkał, by po raz drugi przepłynąć kajakami tą „perłę Syberii”. Udało się nam wtedy w ciągu 25 dni przepłynąć całe jego wschodnie wybrzeże - z północy na południe.
        Drugie podejście było rok temu, ale e-mail otrzymany dzień przed wyruszeniem na Leną zmienił moje plany wyprawowe. Zrobiłem wtedy krótką wyprawę kajakową na Morzu Bałtyckim dookoła archipelagu Alandów, a następnie, już nie w kajaku, obrałem kierunek na Florydę.
        Mam więc nadzieję, że tym razem wreszcie uda mi się przepłynąć rzekę Lenę.
       Pomysł tej wyprawy narodził się jeszcze w roku 1999 na lotnisku w Bracku, podczas pierwszej mojej ekspedycji na jezioro Bajkał. Poznałem wtedy pewną starszą Rosjankę, która pomogła nam znaleźć tani transport z lotniska na stację kolejową. Rosjanka ta radziła nam, abyśmy zrezygnowali z wyprawy na Bajkał, a udali się na rzekę Lenę. Mówiła nam, że w jej odczuciu rzeka ta jest bardziej piękniejsza od Bajkału. Nie skusiłem się ani ja, ani moi kompani na jej propozycję, ale zaszczepiła w mym sercu „ziarno”, pomysł na następną wyprawę. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że na jej realizację będę musiał czekać aż 4 lata. Nie wiedziałem też, że z moich bliskich przyjaciół, którzy brali udział w pierwszej mojej wyprawie na Bajkał tylko mi dane będzie zrealizować te marzenia - spływu Leną.
        Szymon wierny i niezastąpiony kompan prawie wszystkich moich kajakowych ekspedycji 31 V 2003 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Dnia 1 VI odprawił w Suwałkach pierwszą swą Mszę Św. – „prymicyjną”. W związku z tym nie mógł wyruszyć na tak długą wyprawę. Cieszyłem się z tego, że został kapłanem, ale było mi też bardzo smutno, że nie może wyruszyć na tę eskapadę.
        Czarek dobry człowiek i najlepszy informatyk, jakiego znam, który brał udział w dwóch moich wyprawach: kajakowej wzdłuż zachodniego wybrzeża Bajkału (więcej o tej wyprawie: www.anisko.net/bajkal1999/) i w zimowej w góry Khibiny miał przed sobą pod koniec czerwca egzamin magisterski. Powiedział mi, że być może spróbuje dołączyć się do wyprawy, gdzieś w Jakucku. Zobaczymy co przyszłość przyniesie. (komentarz Czarka Aniśko: przyszłość przyniosła zdany na 5 egzamin magisterski oraz kolejną kajakową wyprawę przez jezioro Bajkał, więcej o tej wyprawie pod adresem www.anisko.net/bajkal2003/)
        Oprócz mnie w spływie biorą jeszcze udział dwie osoby. Jedną z nich jest mój rodzony brat Tomek (25 l), który nie był jeszcze ze mną na żadnej poważniejszej eskapadzie, a na tą zdecydował się dopiero dzień przed wyruszeniem. Boję się czy poradzi sobie w trudach wyprawy zarówno jeśli chodzi o fizyczny, czy też psychiczny jej aspekt. Drugą osobą jest Piotrek Mozyro (18 l), uczestnik paru moich kajakowych wypraw: dookoła Nordcape i Lofoten (2000 r.), Krymu i wschodniego wybrzeża Bajkału (2001 r.) oraz dookoła Alandów (2002 r.). Mimo jego uczestnictwa we wcześniejszych ekspedycjach również co do jego osoby mam pewne obawy dotyczące jego predyspozycji fizycznych i psychicznych do tej wyprawy.
        Prawie od samego początku byłem niezdecydowany, czy brać ich na wyprawę .Znałem ich charaktery i siły fizyczne. Wiedziałem mniej więcej, co może nas czekać. Miałem świadomość, że cały ciężar odpowiedzialności i troski o ich potrzeby począwszy od materialnych aż po duchowe będzie leżał na moich barkach. Wyjeżdżałem więc z domu rodzinnego z Sokółki, z sercem bardzo strapionym i pełnym obaw.
       W pierwszej fazie nasza podróż przebiegała następująco. Najpierw pociągiem z Sokółki do Kuźnicy Białostockiej o godz. 10.39. Następnie przesiadka na pociąg z Kuźnicy do Grodna o godz. 11.30. W Grodnie kolejna przesiadka na pociąg do Moskwy o godz. 16.40 białoruskiego czasu. W Grodnie kupiłem bilety aż do samego Irkucka. Martwiłem się trochę czy zdążymy w Moskwie z przesiadką na inny dworzec kolejowy do pociągu do Irkucka, na którą mieliśmy tylko ok. 3 godzin.
        Nasz pociąg z Grodna do Moskwy planowo miał przyjechać o godz. 11.00 na Białoruski Dworzec, a już o godz. 14.40 mieliśmy mieć pociąg do Irkucka z Jarosławskiego Dworca. Problem polegał na tym, że w tym krótkim czasie mieliśmy zamiar kupić w Moskwie jeden składany kajak, bowiem wzięliśmy z sobą na wyprawę tylko jeden. Co prawda adres firmy, która sprzedawała składane kajaki ściągnąłem przed wyprawą z internetu, a w Grodnie zaopatrzyłem się w dokładną mapę Moskwy lecz mimo to obawiałem się, czy w tak krótkim czasie zdążymy z kupnem kajaka i dojazdem do Jarosławskiego Dworca.
       W pociągu z Grodna do Moskwy poznaliśmy interesującego Gruzina – Gregorego. Zajmował się on handlem sprzętem elektronicznym: komórki, radia do samochodów, piloty telewizyjne itp. Chwalił się swoim paszportem, w którym widniały pieczątki z Chin, Turcji, Indii, Hongkongu itp. Gregory dużo nam opowiadał o swoich wrażeniach z pobytów handlowych w różnych krajach świata. Mówił, że na stałe mieszka w Moskwie, ale w przyszłości chce wrócić do Gruzji. W Tibilisi chce rozpocząć jakiś biznes. Gregory był gościnny, postawił nam parę piw. Opowiedziałem Gregorowi o naszych planach spływu Leną i zmartwieniach związanych z krótkim pobytem w Moskwie. Poradził mi, żebym od razu po wyjściu w Moskwie z Białoruskiego Dworca wziął taryfę. Zaoferował też swoją pomoc w znalezieniu tańszej taksówki.
       Pociąg do Moskwy przyjechał planowo. Gregory znalazł nam taksówkę na poruszanie się po Moskwie za 15 $. Załadowaliśmy nasz duży bagaż do samochodu marki Lada i ruszyliśmy na poszukiwanie „magazynu”- sklepu ze składanymi kajakami. Nie było to takie łatwe, bowiem sklep ten był ulokowany w bardzo nietypowym miejscu. Otóż znajdował się na czwartym piętrze, jakiegoś starego i dużego budynku, który wyglądem bardziej przypominał jakąś starą fabrykę niż pawilon sklepowy. W sklepie kupiliśmy składany kajak dwójkę „Newę 2” i nieprzemakalny worek 100 l. Do Jarosławskiego Dworca dotarliśmy ok. godzinę przed odjazdem pociągu. W tym czasie rozmieniłem też na rynku 600 $ kupiłem aluminiowy garnek, którego nam brakowało do sprzętu niezbędnego na wyprawę. Podczas załadunku bagażu do pociągu okazało się, że jest on zbyt duży. Trzeba było więc dopłacić ok. 210 rubli (przelicznik to ok. 30 rubli – 1 $ USA) za nadwagę.
 
 
5 VI 2003 r.
 
       Jedziemy pociągiem do Irkucka. Mamy kupiony „kupnyj” przedział. Śpimy, jemy, pijemy, modlimy się, gadamy, czytamy książki.
        Na wyprawę wziąłem dwie książki.
        Jedną Wacława Sieraszewskiego pt. „Dwanaście lat w kraju Jakutów”, która opowiada dużo o terenach i ludziach Jakucji. Sam autor był nietuzinkową osobą. Został zesłany na Syberię do kraju Jakutów i spędził tam aż 12 lat. Dwa razy próbował uciekać. Niestety próby jego kończyły się niepowodzeniem. Dzięki pracy twórczej jaką włożył w napisanie tej książki został zwolniony z niewoli syberyjskiej. Książka Wacława Sieraszewskiego jest pierwszą naukową, etnograficzną książką o kulturze Jakutów. Dzięki jemu kultura Jakutów została ukazana światu i utrwalona dla potomnych.
       Druga , to „Przekroczyć próg nadziei” papieża Jana Pawła II. Książkę tę wziąłem jako czytanie duchowne, bowiem i ja muszę przekroczyć próg mojej nadziei w tej wyprawie.
       Odczuwam wyraźnie jak od początku tej wyprawy Opatrzność Boża nad nami czuwa. Wierzę, że będzie tak do końca. Lękam się trochę tego, co przede mną. Mam bowiem na swoich barkach dwie osoby. Boję się o ich bezpieczeństwo w tajdze, gdzie pełno niedźwiedzi, jak i na wodzie, bo nie wiadomo, jakie przygody mogą na nas tam czekać. Trzeba jednak starać się każdego dnia przekraczać swoją ograniczoną nadzieję, by powierzać wszystko w Ręce Boga. Ufam, że i tym razem wszystko będzie OK.
 
 
6 VI 2003 r.
 
       Nadal jesteśmy w pociągu do Irkucka. Tomek i Piotrek wciąż śpią, choć jest już prawie południe. Za oknem pociągu od dłuższego czasu jest już Syberia za Uralem. Mijamy miasta, wioski, które są prawie wszystkie podobne do siebie. Domy zbudowane są w większości z drzewa, którego tutaj nie brakuje. Czas zatrzymał się tu jakby w miejscu. Tak samo wyglądała architektura domów drewnianych 100 lat temu i pewnie jeszcze wcześniej. Za to budynki murowane z czasów komunizmu najczęściej z odpadającym tynkiem w większości potrzebują remontu. Mijamy także od czasu do czasu nieliczne domy, budowane z cegły, które wyglądem przypominają „małe pałacyki”. Zapewne należą one do „nowobogackich”, którzy szybko przystosowali się do gospodarki kapitalistycznej. Jednak w przerażającej większości za oknami pociągu króluje natura. Tajga ze swoimi milionami drzew pochłania niemal cały krajobraz.
        Na każdym dłuższym postoju pociągu na peron przychodzi wielu miejscowych ludzi, którzy próbują sprzedać jadącym podróżnym coś do jedzenia, picia itp. Pewnie dla wielu z nich kolej transsyberyjska jest jedynym źródłem utrzymania.
        Dzisiaj jest 6 VI 2003 r.. Dzień ten w moim życiu jest bardzo ważną rocznicą. Otóż pięć lat temu otrzymałem święcenia kapłańskie i dzień potem odprawiłem pierwszą moją Mszę Św. zwaną „prymicyjną”. Wiele przez te pięć lat w moim życiu się wydarzyło. Dziękuję Bogu za wszelkie dobro, które w tym czasie dane mi było doświadczyć. A było tego bardzo dużo. Przepraszam za wszelkie zło z mojej strony. Powołanie kapłańskie to „dar i tajemnica”, jak mówi papież Jan Paweł II. Ten dar przerasta człowieka. Wiem, że muszę każdego dnia starać się, aby z Łaską Bożą być coraz godniejszym tego daru, bo jest on nieskończony, niezmierzony i niezgłębiony. Jestem świadomy, że od mojej otwartości na ten „ocean bez dna” zależy obfitość tego daru we mnie. Powołanie kapłańskie jest też tajemnicą, która jest wyzwaniem do odkrywania i poszukiwania coraz nowych horyzontów Boga. Jest to tajemnica, której nie wyrażą ludzkie pojęcia, słowa. Tajemnica, która jest ciągłym „zadaniem” do coraz nowszych odkryć miłości i miłosierdzia Boga. Dzisiaj w piątą rocznicę mojego kapłaństwa powierzam szczególnie moją dalszą drogę kapłańską za pośrednictwem NMP Matki Bożej Bogu. Ufam, że Ona jest najlepszą Opiekunką mojego powołania kapłańskiego. Św. Bernard mówił o Niej, że „nigdy nie opuściła tego, kto się do niej ucieka...”. Czyż mając taką Opiekunkę można lękać się czegokolwiek?
 
 
7 VI 2003 r.
 
        Wciąż jedziemy pociągiem. Jutro ok. 6.00 rano powinniśmy być już w Irkucku. Tomek i Piotrek śpią. Zauważyłem, że lubią oni kłaść się spać bardzo późno w nocy i wstawać następnego dnia bardzo późno. Na Lenie ten ich zwyczaj szybko jednak będzie musiał ulec zmianie. Szczerze mówiąc dla mnie dużym wyzwaniem będzie nie tylko samo przepłynięcie Leny, ale przeprowadzenie przez nią „młodych traperów”.
        Za oknem pociągu krajobrazy wciąż podobne: lasy i lasy, czasami miasto lub wioska i tak wkoło. Cała przyroda się bardzo zieleni, na mijanych czasami polankach leśnych kwitną przeróżne kwiaty.
        Wieczorem zaciekawiło mnie dziwne zjawisko. Otóż w odległości ok. 3 godzin jazdy pociągiem za Krasnojarskiem cały horyzont pokrył się jakby mgłą. Mgła ta okazała się dymem, który był efektem palenia się olbrzymich przestrzeni tajgi. Otwierając okno wagonu czułem dym i pieczenie oczu. Jedziemy w tym dymie już ponad cztery godziny. Jestem ciekaw kiedy się skończy, czy będzie na Lenie?
 
 
8 VI 2003 r.
 
        Rano pociąg nasz planowo o godz. 6.00 czasu moskiewskiego przyjechał do Irkucka. Nie wiedziałem jednak dokładnie, która jest godzina czasu lokalnego. Na stacji kolejowej próbowałem się dowiedzieć, jak dostać się do dworca autobusowego, aby móc dalej dojechać do wsi Kacziuga. Jest ona oddalona ok. 250 km na północ od Irkucka. Zaczepił mnie jakiś taksówkarz, który zaproponował za 100 rubli dowiezienie nas na dworzec autobusowy. Powiedział, że autobus do Kacziuga wyjeżdża prawdopodobnie lada moment i że jeździ on tylko raz na dzień. Zgodziłem się na podwiezienie na dworzec autobusowy. Taksówkarz również w czasie drogi zaproponował mi, że za odpowiednią kwotę może nas podwieźć aż do samej wioski Kacziuga. Kwota jednak była trochę duża, więc nie byłem zbytnio zainteresowany jego ofertą. W czasie rozmowy z taksówkarzem dowiedziałem się również, że tajga pali się już od wielu dni i dymy spowodowane przez te pożary zalegają już od dłuższego czasu miasto Irkuck. Odradzał mi również wyruszenie na spływ Leną. Mówił, że jest to bardzo niebezpieczne.
        Na dworcu autobusowym „niespodzianka”. Okazuje się, że na autobus do Kacziuga, który wyjeżdża za 15 minut brak jest biletów. W pierwszym momencie nie wiedziałem co robić. Jednak po krótkiej chwili refleksji pobiegłem do stanowiska , gdzie stał autobus do Kacziuga i szybko zaproponowałem kierowcy autobusu łapówkę. Powiedziałem mu jednak, że mamy dużo bagażu. Kierowca był trochę niezdecydowany. Odpowiedział mi, że zanim zdecyduje się czy nas wziąć wpierw musi obejrzeć nasz bagaż. Szybko więc pobiegłem do chłopaków, którzy siedzieli jeszcze w samochodzie taksówkarza i poprosiłem go, aby podjechał do autobusu. Kierowca autobusu po obejrzeniu ilości bagażu zgodził się na podwiezienie nas do Kacziuga. Chłopaki szybko zaczęli wrzucać bagaże do autobusu. Było to trochę trudne, bowiem autobus był całkowicie zapełniony ludźmi i bagażami. W trakcie ładowania bagażu jakaś kontrolerka zaczęła pytać nas, czy mamy bilet? „Da”- przecież z kierowcą jest już wszystko dogadane. Podróż autobusem trwała ok. 5 godz. Mijaliśmy różne wioski. Najgorsze, że słońce nadal było zasłonięte przez pożary tajgi. Ludzie w autobusie mówili, że pożary te trwają już od ponad miesiąca i nie wiadomo, kiedy się skończą. Są one rzeczą normalną w tych okolicach i występują każdego roku. Parę razy z okien autobusu widzieliśmy dokładnie lokalizację źródeł pożarów.
        Po przyjeździe do Kacziuga pierwsze kroki skierowaliśmy na Lenę, która była oddalona od przystanku autobusowego ok. 50 m. Zaczęliśmy składać kajaki. Złożenie pierwszego starego kajaka, który wzięliśmy z Polski było łatwe. Gorszym okazał się zakupiony przez nas kajak w Moskwie. Pewne rurki z jego szkieletu były za długie. W związku z tym nie wiedzieliśmy, jak go złożyć. W miejscu nad brzegiem Leny, w którym składaliśmy kajaki zgromadziło się wokół nas dużo miejscowych dzieci i młodzieży. Próby złożenia rosyjskiego kajaka trwały bez skutku do późnego wieczora. W końcu na pomoc ruszyła nam miejscowa młodzież, która w większości była już w tych godzinach pod wpływem alkoholu. Bałem się trochę, żeby pomoc ta nie skończyła się połamaniem jakichś części od kajaka. Zapraszali nas na jakąś „balangę”. Chcąc zaznać spokoju po długiej „podróży” i uciec od pijanej młodzieży ruszyliśmy na nie w pełni przygotowanych do wyprawy kajakach z biegiem Leny. Płynęliśmy ok. 1,5 godz. W ciemnościach rozbiliśmy namiot na jakiejś polance.
 
9 VI 2003 r.
 
        Wstaliśmy wcześnie rano i od razu wzięliśmy się do dalszego dokładnego składania kajaków. Kajak ruski złożyliśmy tylko dzięki obcięciu paru rurek ze szkieletu. Po spakowaniu kajaków wyruszyliśmy na rzekę. Zdecydowałem, że ja będę płynął w nowo zakupionym kajaku, a Piotrek i Tomek w starym. Decyzja ta była podjęta kształtami kajaków. Kajak stary był trzyosobowy i przez co trochę dłuższy. Odległość między dwoma siedzącymi w nim osobami dawała możliwość niezależnego od siebie wiosłowania, bez problemu przypadkowego zaczepiania się wiosłami. Nowy kajak nie miał tej właściwości, był on dwuosobowy. Odległość przedniego siedzenia od drugiego była bardzo mała. Ponadto nowy kajak był trochę szerszy, przez co wymagał większego wysiłku w wiosłowaniu. Bałem się, że Tomek i Piotrek mogą nie dotrzymać memu tempu. Prawie cały nasz bagaż załadowałem do nowego kajaka. Piotrek i Tomek jako bagaż mieli wyłącznie swoje ciuchy.
        Lena nie jest w tych okolicach dużą rzeką, nie jest szeroka. Jest za to bardzo płytka. Bardzo często trzeba było wysiadać z kajaków, aby przepychać je przez płytką wodę. Widoki przepiękne, zwłaszcza, kiedy mijaliśmy pionowe, wysokie klify przybrzeżnych wzgórz. Szkoda jednak, że były one przesłonięte przez mgiełkę będącą dymem powstałym z palącej się tajgi. Szybko też zaczęła nas kąsać syberyjska muszka. Przykryliśmy głowy koszulkami i płynęliśmy do przodu.
        Pod wieczór w pewnym momencie dostrzegłem na lewym brzegu rzeki parę stojących kajaków. Podpłynąłem z ciekawości do ludzi, którzy stali na brzegu. Jeden z nich zapytał mnie „Kuda płyniosz” i ręką dał sygnał, aby podpływać do brzegu. Ktoś inny zapytał: czy mówimy po rosyjsku, angielsku, niemiecku, francusku? Odpowiedziałem, że „Da”. W końcu następne pytanie „Atkuda wy”.”Z Polszi”- odpowiedziałem. „A Polacy, trzeba było tak od razu”. Wyruszyliśmy na brzeg i zaczęliśmy się witać. Wszyscy mówili swoje imiona, tylko jeden człowiek oprócz imienia powiedział swoje nazwisko – Roman Koperski. On to opiekował się tą grupą turystów. Wiedziałem z masmediów i z jego książki, że ponoć w 1998 r. przepłynął rzeką Lenę pontonem poruszanym siłą własnych rąk i prawdopodobnie bez pieniędzy. Trudno mi było kiedyś uwierzyć w możliwość pokonania 4400 km w takim stylu, ale jego książka, nagłośnienie w masmediach i nagroda podróżnicza Kolosów w 1999 r wydawały się świadczyć o wiarygodności tej podróży. Roman Koperski jako specjalista od Leny po swojej wyprawie zaczął organizować krótkie spływy kajakowe po tej rzece dla ludzi „z grubszym portfelem”. Grupa paru ludzi, z którą się przywitaliśmy była właśnie jedną z grup pilotowanych przez Romana Koperskiego.
        Ucieszyłem się więc bardzo z tego spotkania, bowiem mogłem zdobyć jeszcze więcej informacji o Lenie. A do tego od człowieka, który „przepłynął” tą rzekę pontonem.
        Ludzie z tej grupy, jak i sam Roman Koperski byli bardzo gościnni. Zaprosili nas do ogniska i poczęstowali tym co mieli. Byli bardzo zatroskani faktem, że nie mamy „moskiteri”, bowiem każdy z nich miał je nałożone. Dzięki szybkiej interwencji ich i Romana u Władimira – Rosjanina, który też przebywał w ich grupie, udało się kupić „moskiterie” w sklepie w pobliskiej wsi. Byliśmy im bardzo wdzięczni za ten fakt.
        Roman Koperski opowiadał nam o Lenie. Bardzo istotne było dla nas dowiedzenie się o prądzie rzeki, o trudnościach, które będą na nas czekać w czasie tej wyprawy.
        Cieszyliśmy się więc jego informacją, że od Kireńska po wpadnięciu Kirengi do Leny będziemy płynąć 12 km/h bez wiosłowania i że dalej będzie jeszcze szybciej. Roman mówił, że nawet czasami będziemy mieć prąd ok. 30 km/h. Fajnie było usłyszeć, że prąd będzie tak szybki, że prawie nie trzeba będzie wiosłować. Najgorszym odcinkiem, w który najwięcej się zmęczymy wiosłując, ma być odcinek Leny do Kireńska. Potem to nurt sam będzie nas niósł?
        Odnośnie temperatur w części za kołem podbiegunowym Roman mówił, że będą takie same jak tu? Trochę nie chciałem dać temu wiary, bowiem wielokrotnie już robiłem wyprawy w obszary podbiegunowe.
        Na pytanie nasze o komunikacje mówił, że do Jakucka pływają statki a od Jakucka do Tiksi to kompletna dzicz. Dalej nic nie pływa?
       Roman mówił nam, że miasto Jakuck jest położone trochę od brzegów Leny i żeby się do niego dostać trzeba w pewnym momencie skręcić w lewo i płynąć w zgłębieniu przeciwnie do nurtu rzeki. Na pytanie jednej osoby z grupy, skąd o tym on wiedział? Roman odpowiedział, że to intuicja?
        Odnośnie dopłynięcia do Tiksi Roman powiedział nam, że musimy płynąć przez Morze Laptieva i że innej drogi nie ma. Mówił też że w Tiksi będziemy prawdopodobnie aresztowani i zamknięci na trzy dni. Radził nam mówić żołnierzom, że nie mamy pieniędzy. Będziemy dzięki temu mieli darmowy powrót wojskowym samolotem?
        Na pytanie nasze o niedźwiedzie Roman odpowiedział, żeby się ich nie bać. Radził jednak na miejsce postoju wybierać wyspy.
        Roman mówił, że ludzie na rzece Lenie są bardzo dobrzy i że w wioskach nie ma potrzeby obawiać się o kradzież. Śmiało można zostawiać sprzęt na brzegu z przekonaniem, że nikt nie ukradnie?
        Roman dał nam na dalszą drogę pięć numerów telefonicznych, które mogą się nam przydać w wyprawie, do:1. Walentyny Szymańskiej – przewodniczącej Poloni w Jakucku, 2. Konsulatu Polskiego w Moskwie, 3. Wasiljewa Rusłana Wasilewicza – ministra turystyki w Jakucku, 4. Albiny Michajłownej – szefowej miasta Jakuck, 5. Aleksandra i Haliny Starcew – mieszkańców Tiksi.
        Wieczór ten spędziliśmy przy ognisku. Namiot nasz rozbiliśmy koło namiotów grupy turystycznej Romana Koperskiego.
        Dnia tego wiosłowaliśmy ok. 7 godzin.
 
 
10 VI 2003 r.
 
        Wstaliśmy ok. godziny 10.00. Zjedliśmy wspólne śniadanie i po pożegnaniu się z „turystami” Romana ruszyliśmy na wodę. Trochę zdziwił mnie fakt, że Roman Koperski nie życzył nam powodzenia. Jako pierwszy z grupy żegnającej nas schował się do swego namiotu.
        Widoczność nadal była słaba od dymu tajgi, tak więc nie mieliśmy ochoty na robienie zdjęć. Do tego muszka syberyjska zaatakowała nas na dobre, więc nawet nie mieliśmy ochoty na jakikolwiek odpoczynek. Mimo nałożonych na głowę moskiterii gryzła nas porządnie. Nie wiem jakim sposobem potrafiła przedostać się przez bardzo gęstą siatkę moskiterii i gryźć twarz. Widoczność nasza ograniczała się do kratek moskiterii, dymu i wielkiej ilości brzęczącej muszki. Ważne było zakrycie każdej części ciała, bowiem w najmniejsze szczeliny próbowały się wedrzeć spragnione krwi owady.
        Wiosłowaliśmy bez żadnego odpoczynku dobrym tempem przez 8 godzin. Potem stwierdziłem, że jesteśmy już zbyt wyczerpani, aby wiosłować dalej. Walcząc z chmarami muszek rozbiliśmy namiot. W środku wytłukliśmy te wstrętne krwiopijne owady i był wreszcie czas na odpoczynek. Piotrek i Tomek liczyli ilość pogryzień na swoim ciele. Tomek na jednej nodze miał ich ok. 50, Piotrek podobnie. Chłopaki jednak mówili, że moja twarz w tym względzie jest najlepsza. Nie wiem, bo jej nie widzę, tylko czuję swędzenie i opuchliznę. Za ściankami namiotu brzęczały wciąż czarne chmary małej muszki syberyjskiej rządnej naszej krwi. Nie było żadnych innych owadów: komarów, gzów czy czegoś podobnego.
        Postanowiłem, że będziemy starać się wypływać wczesnym rankiem, bowiem wtedy nie ma jeszcze muszki. Piotrek i Tomek jak na razie radzą sobie bardzo dobrze i spisują się na medal.
 
 
11 VI 2003 r. (54°25'46N, 105°10'47E, 422 npm)
Wszystkie położenia geograficzne brałem z GPS typu Magellan Maridium Platinum. Brałem je zawsze pod koniec dnia, będąc już w namiocie. Wskazują one miejsca naszych noclegów w danym dniu.
 
        Zbudziłem chłopaków o 6.00 nad ranem. Szybko spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na wodę. Temperatura powietrza rano była niska i być może to spowodowało, że nie było jeszcze muszki. Bez chmar tej gryzącej „szarańczy” płynęło się fantastycznie. Przyroda była niesamowita. Dźwięki różnych zwierząt wydobywały się z tajgi. Krajobraz dziewiczy. Jedynym tylko mankamentem był wiszący nad nami smog, który zasłaniał słońce i błękit nieba. Około godziny 12.30 zaatakowała nas syberyjska muszka. Płynęliśmy jednak dalej walcząc z chmarami muszki, która starała się wejść do każdej szczeliny w ubraniu, aby nasycić się naszą krwią. W końcu jednak muszka tak gryzła, a my byliśmy dość zmęczeni od ciągłego wiosłowania, że zdecydowałem, że rozbijamy namiot.
        Płynęliśmy ok. 7 godzin. Postanowiłem, że jeszcze wcześniej musimy wstawać, bowiem w rannych godzinach nie ma muszki.
        Piotrek i Tomek radzą sobie dobrze. Czasami muszę im coś mocnego powiedzieć, ale starają się być posłuszni. Jutro muszę ich zbudzić bardzo wcześnie rano.
 
 
12 VI 2003 r.
 
         Budzik obudził mnie o godz. 3.00 nad ranem. Było jeszcze całkowicie ciemno. Postanowiłem trochę poleżeć w śpiworze, bowiem w takich ciemnościach ciężko byłoby składać rzeczy. O godz. 3.30 zaczęło powoli świtać. Wstałem więc spakowałem swoje rzeczy. Zbudziłem Tomka i Piotrka. Rozpaliłem ognisko i przygotowałem śniadanio-obiad.
         Wypłynęliśmy o 5.30. Było trochę chłodno, ale najważniejsze, że nie było jeszcze o tej godzinie syberyjskiej muszki. Krajobraz podobnie, jak w poprzednich dniach przysłonięty przez dymy tajgi. Po ok. 2 godzinach ciągłego wiosłowania przepłynęliśmy wieś Żigałowo. Była bardzo duża. Płynęliśmy przez nią ok. 1 godziny. Po przekroczeniu tej wsi wpłynęliśmy w trochę głębszą tajgę. Zniknęły hałasy i ślady ludzi, a coraz głośniej rozbrzmiewały dźwięki tajgi. Do wsi Żigałowo bowiem począwszy od Kacziuga ciągnie się droga samochodowa.
        Tomek i Piotrek płyną jak do tej pory na swoim kajaku świetnie. Na kajaku tym pływał wcześniej na wielu wyprawach Szymon. Sprzęt ten jest trochę stary, ale zarazem posiada dobre właściwości nautyczne. Dzięki kształtowi kajaka Tomek i Piotrek mogą wiosłować niezależnie od siebie. Płyną wiec bardzo szybko, nie wkładając w wiosłowanie wiele wysiłku. Natomiast ja na nowym kajaku, który jest trochę szeroki i nie posiada w związku z tym wielu właściwości nautycznych płynę troszeczkę powoli. Do tego olbrzymia ilość bagażu włożonego do niego sprawia, że w wiosłowanie muszę wkładać bardzo dużo siły. Tym bardziej, że muszę trzymać tempo przewodnika.
        Ok. godziny 10.00 zaatakowały nas syberyjskie muszki. Było ich bardzo dużo. Wdzierały się i gryzły, mimo moskiterii, nasze twarze, ręce i nogi. Syberyjskie muszki są tutaj największą plagą . Miejscowi ludzi mówili nam, że jest ich w tym roku wyjątkowo dużo. Sytuacja ta jest wynikiem pożarów, które panują w tajdze. Dlatego też większość mieszkańców siedzi w domu i unika wychodzenia na podwórek.
        W trakcie płynięcia spotkaliśmy paru rybaków. Zapytali nas gdzie płyniemy. Odpowiedziałem, że do Tiksi. Jeden z nich zaklął pod nosem „Kibieni matier” i powiedział nam, że płynięcie w takich warunkach to męka i wariactwo, a nie odpoczynek.
        Najgorsze jest to, że nie można w ogóle odpocząć w czasie płynięcia, nie można jeść, czy też nawet załatwić swoich potrzeb fizjologicznych.
        Płynęliśmy dziś ok. 12,5 godzin.
       W czasie rozbijania namiotu było tych muszek tak dużo, że pomimo moskiterii zjadłem ich parę. Muszka syberyjska jest absolutnym władcą tych terenów. Dziwi mnie, dlaczego nie ma komarów ani gzów. Bez moskiterii nie wiem czy dałoby się w ogóle płynąć. Po tych prawie 13 godzinach wiosłowania Tomek i Piotrek padli z nóg. Ok. godz. 22.30 rozpaliłem ognisko i zrobiłem coś do jedzenia.
 
 
13 VI 2003 r. (55° 32’49N, 105°32’36E, 331 npm)
 
        Zbudziłem chłopaków o 5.30. Rozpaliłem ognisko i przygotowałem śniadanio-obiad. Chłopaki złożyli w tym czasie namiot i w drogę.
        Pierwsze 4 godziny płynęło się dobrze, bo nie było muszki. Jednak o 11.30 pojawiły się znowu jej chmary. Panorama podobnie, jak w poprzednich dniach zakryta była przez dymy tajgi i brzęczącą wokół nas muszkę, która walczyła o każdą najmniejszą dawkę naszej krwi. Zauważyłem, że Lena od wsi Żigałowo przybrała trochę inny charakter. Otóż stała się w niektórych miejscach szersza i płynięcie na niej jest, jakby przepływaniem z jednego jeziora na drugie. W jednej ze wsi, którą przepływaliśmy, napotkani przez nas ludzie na brzegu zapraszali nas do siebie w gościnę. Jednak odmówiliśmy, bowiem trochę się śpieszymy, a nie wiemy jeszcze co nas czeka dalej na rzece. Celem naszej wyprawy jest przepłynięcie kajakami całej Leny i w związku z tym nie możemy sobie pozwolić na razie, na jakikolwiek postój. Ludzie Ci zapytali nas więc, czy mamy chleb, wędkę na ryby. Odpowiedziałem im, że „Da”. Podziękowałem serdecznie za ich troskę.
        W południe jednak zaczęło się robić bardzo gorąco, muszka atakowała ciągle, a my czuliśmy już zmęczenie od ciągłego wiosłowania. Zdecydowałem więc, że odpoczniemy.
        Płynęliśmy dziś ok. 7 godzin.
        Namiot rozbiliśmy w jakiejś wyludnionej całkowicie wsi. Jest straszny upał. Pieczemy się w namiocie. Pot płynie z nas strumieniami. Dokoła namiotu, a szczególnie przy wejściu słychać wciąż głośne brzęczenie tysięcy maleńkich muszek próbujących wedrzeć się do namiotu. Dźwięk ten przypomina jakby padanie deszczu.
 
 
14 VI 2003 r.
 
        Wstałem o 3.00 nad ranem. Było jeszcze ciemno. Rozpaliłem ognisko i zbudziłem Tomka i Piotrka. Najważniejsze, że o tej godzinie nie atakowała nas jeszcze muszka. Zrobiłem śniadanio-obiad i o 5.15 byliśmy już na wodzie.
        Pierwsze godziny płynęło się bardzo fajnie bez ataków krwiożerczych muszek. O 9.30 zdecydowałem, że zrobimy na brzegu 15 minutową przerwę bowiem nasze zbolałe kości i mięśnie domagały się rozprostowania. Na brzegu jednak bardzo szybko zaatakowała nas muszka. Ciężko było zjeść w spokoju batonika „sinikersa” i spokojnie załatwić potrzebę fizjologiczną. Trzeba było cały czas ruszać się. Bardzo szybko podnosić dół moskiterii, aby ugryźć „sinkersa” bez większej ilości muszek. Wodę i inne płyny piło się nie zdejmując moskiterii. Muszka zmusza nas od początku wyprawy do wypracowywania takich oryginalnych technik koegzystencji z nią. Zmusza do bardzo szybkiego poruszania się człowieka. Po ok. 5 minutach przebywania na brzegu uciekliśmy do naszych kajaków, aby dalej przebijać się przez dymy tajgi. Oczywiście muszka ruszyła za nami. Płynęliśmy jeszcze przez ok. 4 godzin cały czas gryzieni przez naszą „towarzyszkę”.
        W południe upał był tak wielki, a my zmęczeni wiosłowaniem i atakami muszki, że zdecydowałem, że czas odpocząć. Namiot rozbiliśmy na brzegu w tajdze. Był straszny upał. Mimo, że byliśmy w leciutkim cieniu pot lał się z nas strumieniami, kiedy odpoczywaliśmy w namiocie. Szybko jednak zapadliśmy w sen. Po krótkiej drzemce obudziłem się i zacząłem rozmyślać o naszej wyprawie.
        Piotrek i Tomek są bardzo podłamani całą dotychczasową sytuacją. Dymy, upały i miliony muszek, które kąsają nasze ciało. Gdyby nie ubrania i moskiteria, to jestem pewny, że muszki te zagryzłyby człowieka na śmierć. Kto chce doświadczyć przedsionków piekła , to niech znajdzie się w płonącej tajdze z milionami muszek, które gotowe są wypić z człowieka wszystkie krople krwi.
        Zacząłem się modlić w intencji zmiany pogody. Odmówiłem różaniec i stał się cud. Zaczęło grzmieć w górach i pojawił się wiatr. Wkrótce wiatr zaczął przewiewać zalegające nad nami dymy i pojawił się błękit nieba. Jak cudownym uczuciom, było ujrzenie błękitu nieba i poczucie powiewu wiatru na swoim pogryzionym i spuchniętym ciele.
        Z radością wielką popłynęliśmy dalej. Wiał nam w twarz ciepły, przyjemny wiatr. Po paru minutach płynięcia znaleźliśmy dobre miejsce na kąpiel. Chłopaki po raz pierwszy mieli możliwość wymycia się od czasu wyruszenia z Polski. Jaki piękny jest świat bez syberyjskiej muszki!
        Jednak pod wieczór wiatr ucichł i znowu pojawiły się chmary muszki rządne naszej krwi. Boże jak chciałbym, aby wreszcie liczba tych owadów wokół nas zmalała. Wszystkie trudy są niczym wobec niej. Jak fajnie by było, żeby zaczęły padać teraz deszcze, przyszły burze, mrozy, albo silne wiatry.
        Piotrek i Tomek są całkowicie zrozpaczeni całą sytuacją. W Ust-Kucie chcą już uciekać do domu, do Polski. Szkoda mi ich, ale, co ja mogę poradzić. Mogę się tylko modlić o zmianę pogody!
        Do Ust-Kuta mamy jeszcze ok. 160 km. Płynęliśmy w dniu dzisiejszym ok. 10 godzin.
 
 

- strona 1 -

 

strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 

 
 

do góry

 
 
 
 
   
 
 
 Informacje o innych naszych wyprawach znajdziesz na stronie anisko.net
 
stat4u
 
 Designed by IbrahimS © 2003